poniedziałek, 5 listopada 2012

1-2.11.2012. Święto Zmarłych



Pierwszy raz od przyjazdu do Zambii zatęskniło mi się za Polską... W moim domu Wszystkich Świętych to najbardziej rodzinne święta w roku. Wszystkie groby bliskich są albo w Bisztynku, albo w niedalekiej okolicy, więc cała rodzina zjeżdża się do nas i jest bardzo wesoło. Tutaj świętowanie było  skromne. Zambijczycy nie mają w te dni wolnego, więc i my normalnie pracowałyśmy. Zaduszki uczciliśmy jedynie jedną mszą w parafii więcej, na którą wybraliśmy się ze wszystkimi naszymi oratoryjnymi dziećmi i liderami.

Z okazji Święta Zmarłych pojechałyśmy w niedzielę z siostrami Zosią i Martą na cmentarz 15 km od Mansy. Jest tam pochowanych kilka sióstr i księży. Cmentarz położony w buszu. W zasadzie gdyby nie pojedyncze niewielkie krzyżyki wyrastające wprost  z ziemi, trudno byłoby się zorientować, że jesteśmy na cmentarzu. Scena rodem z Króla Lwa – prawdziwe zakazane Cmentarzysko Słoni. Pustka, cisza i busz. Niewielkie kupki usypanej ziemi to groby. Tutaj nikt o nie nie dba. Jedyną oznaką pamięci o bliskich zmarłych są naczynia pozostawione na mogiłach. Miski, talerze, kubki, nawet łyżki. Na wypadek, jakby zgłodnieli gdzieś tam, gdzie teraz są. Pytam siostrę Martę o te praktyki. Tutejsza na pewno będzie wiedziała, o co chodzi. Opowiada mi o tym, że w czasie pogrzebów ludzie wkładają też czasem do trumny ubrania. Jakby zmarźli, gdziekolwiek teraz są.  Przypominają mi się lekcje historii o starożytności i mumiach faraonów, do których wkładano różne przedmioty, aby umożliwić zmarłym życie „wieczne” . Tutaj podobne praktyki są nadal żywe. Pogańskie zwyczaje przeplatają się z Chrześcijaństwem tuż za rogiem pięknego katolickiego kościoła.

Zatęskniłam za wieczornym spacerem na cmentarz, widokiem milionów migających zniczy na wypucowanych pomnikach i gwarem przekrzykujących się ciotek i kuzynów, których widzę raz do roku właśnie tego dnia…






sobota, 3 listopada 2012

30.10.2012. Samfia


Po raz kolejny miałyśmy okazję pojechać nad jezioro do Samfii. Tym razem z naszymi przedszkolakami. Wycieczka była planowana już od początku naszego pobytu w Mansie, termin ulegał zmianie, ale w końcu się udało. Nie wszystkie maluchy mogły pojechać, bo zwyczajnie nie wszystkich rodziców było na taki luksus stać. Miejsc w autobusie 24, dzieci 40. Do tego 4 nauczycielki, kucharka, sprzątaczka, 2 wolontariuszki, 2 siostry, jedna mama i jeden kierowca.  W sumie 52 osoby. Po drodze zatrzymuje nas policja. „Trochę za dużo was tutaj.” Chwila rozmowy, kontrola prawa jazdy kierowcy i nic. Możemy jechać dalej. Siostra Godelieve śmieje się, że rok temu w tym samym autobusie zmieściło się o 20 osób więcej. :)

Większość dzieci po raz pierwszy w życiu widziała dużą wodę. Naprawdę dużą, bo stojąc nad jednym brzegiem jeziora nie widać drugiego. Główną atrakcją dla maluchów było oczywiście pluskanie się, „pływanie”,  „nurkowanie” i tarzanie się w piasku. Dzieci przepłynęły się też łódką i zjadły dobry obiad (z kurczakiem, kiełbaską i Coca-Colą – tutaj to nie codzienność!).  

Dzień zleciał bardzo szybko, a wspomnienia zostaną na pewno na długo…








24.10.2012. Święto Niepodległości


Przygotowania trwały ponad tydzień. Na ten czas zawiesiliśmy nasz standardowy plan zajęć oratoryjnych. Dzieci podzieliliśmy na grupy, w których wspierani przez liderów, mieli przygotować tańce, maszerowanie i inscenizację walki o niepodległość Zambii w 1964 roku. Mój pokój zamienił się na ten czas w fabrykę małych, papierowych flag zambijskich.


Dzień przed imprezą nasz domek stał się fabryką łakoci. Dla każdego dziecka chciałyśmy przygotować paczkę popcornu, lizaka i (w zależności od tego, co wylosuje) kredki, mazaki lub pakiet długopis/ ołówek/ gumka. Miałyśmy trochę tych rzeczy z paczek z Polski. Do późnego wieczora wraz z siostrami smażyłyśmy popcorn, pakowałyśmy paczki i dmuchałyśmy balony w narodowych kolorach Zambii. Brakowało nam tylko czarnych, ale to żaden problem dla kreatywnych polskich wolontariuszek. Wystarczy mieć balon w dowolnym kolorze, czarną bibułę, klej, trochę czasu i mnóstwo cierpliwości. :)

Nie mogliśmy wpuścić wszystkich chętnych...
 O 9.00 rano bramy terenu szkolnego, na który zaprosiliśmy dzieci, stanęły otworem. Odświętnie wystrojone znajome buzie zaczęły napływać do środka. Niestety nie mogliśmy wpuścić wszystkich chętnych. Imprezę przewidywaliśmy na ok. 200 dzieci. Tyle przekąsek i  prezentów byłyśmy w stanie przygotować. Po odśpiewaniu i odtańczeniu kilku naszych oratoryjnych hitów, czas zacząć przewidziany program.
Najpierw wspólna modlitwa – jak na salezjańską imprezę przystało. Jeden z liderów opowiedział o historii Zambii, uzyskaniu niepodległości i znaczeniu flagi. Niezawodna s. Zosia przygotowała dla dzieci pogadankę o pokoju. Gwoździem programu było  to, co przygotowały dzieciaki. Na rozgrzewkę grupa żołnierzy, wymachujących zgrabnie w rytm muzyki kijkami. 

 
Później przedstawienie. Jak Czarne przerobić na bardziej czarne? Wystarczy odrobina pasty do butów maźnięta na policzki.  Jak Czarne przerobić na Białe? Nic prostszego! Kawałek kredy szkolnej idzie w ruch i już można wcielić się w postać brytyjskiego żołnierza, walczącego o niepodległość Zambii. Kawałek kartonu i liście wystarczą, żeby wyczarować sobie zbroję marzeń. To nasi najstarsi oratoryjni chłopcy. 



Na deser tańczące maluchy. Spódniczki z worków przewiązane kolorowymi chitengami dodawały im uroku i odwagi. Choć z tą drugą tutejsze dzieci nie mają raczej problemów. Kiedy tylko usłyszą muzykę, ich biodra same zaczynają się kręcić w taki sposób, o którym przeciętny europejczyk może tylko pomarzyć. 



Na zakończenie imprezy dzieci dostały do picia tutejszy przysmak – słodką tobwę (coś w rodzaju wodnistej kaszy manny na słodko ), paczki i flagi, które zaniosły do swoich domów jako symbol niepodległości i dobrej zabawy w Oratorium Świętego Janka Bosko.

sobota, 20 października 2012

4-7.10.2012. Lufubu


Plany co do wyjazdu zmieniały się z dnia na dzień. Miałyśmy jechać z naszym ks. Michałem w piątek, ale tak się złożyło, że w już czwartek swoim wielkim salezjańskim trakiem zajechał pod mansową bramę ks. Czesiek z Lufubu. Wracał akurat z Lusaki. Po chwili pertraktacji zgodził się nas zabrać, mimo, że miejsca w kabinie jego wozu już dla nas nie było. 

Lufubu ciągnie się przez kilka kilometrów. Żeby dotrzeć na salezjańską farmę, trzeba zjechać z głównej drogi i pokonać jeszcze kilka kilometrów przez wioskę, wąską i wyboistą drogą buszową. To nie lada zadanie dla wielkiej ciężarówki ks. Cześka. Co chwila zahaczamy o przydrożne drzewka. Na drogę wychodzą gromadami wioskowe dzieciaki. Machają nam, krzyczą, biegną za ciężarówką. „Father Chester! Father Chester!” Father Chester robi „zimny łokieć” i odkrzykuje „Hallo Baby!” Dla tubylców każdy przejazd salezjańskiego traka to jedna z większych życiowych rozrywek, dlatego wszyscy mimo późnej pory wychodzą na drogę i obserwują, co jest grane.


W końcu wysiadamy. Od razu oblepiają nas dzieciaki. Krzyczą, skaczą, uczą się nowych białych przez obmacywanie. Ilona z Krzyśkiem śmieją się, że witają nas jak papieża. Mimo, że jest kompletnie ciemno, nie rozróżniam twarzy dzieci i nie ma najmniejszej nadziei, że rozpoznam je jutro, mówią mi swoje imiona i 100 razy pytają o moje. Po kilkunastu minutach prawie dosłownie wyrzucamy towarzystwo za bramę, zamykamy i ruszamy w stronę domu. Kilka sekund później znów słyszymy swoje imiona. Odwracamy się. Maluchy machają nam z pobliskiego drzewa.


To nie Betlejem, to Lufubu!. :)
W piątek od rana zwiedzamy okolicę. W zasadzie każdy Lufubianin pracuje na farmie. Jeśli nie na stałe, to przynajmniej sezonowo. Jest tutaj ogromna ilość brązowych  kur do znoszenia jajek, mnóstwo białych na sprzedaż, świnie w rozmiarach od XS do XXXXL, krowy mięsne, kilka krów mlecznych, osły, perliczki, indyki, koty. Poza tym jeszcze ogród, plantacja bananów, pola kasawy. Krótko mówiąc – jest co robić. My pomagamy trochę przy zbieraniu jajek. Żeby wejść do kurnika, trzeba najpierw odgonić stado ciekawskich kur. Potem po kolei sprawdza się każdą grzędę. Jeśli są jajka – trzeba je zabrać. Jeśli na grzędzie siedzi kura, trzeba ją wyciągnąć za pióra i wyrzucić. Zdarza się, że na jednej grzędzie jest 5 kur. Zabieg należy powtórzyć  razy ilość grzęd w kurniku (ok.50), razy 3 kurniki, razy 3 zbierania dziennie. :) Próbowałyśmy też doić krowy, ale w sumie bardziej przeszkadzałyśmy, bo nasze tempo było 10 razy wolniejsze, niż wprawionych Zambijek. 


Po południu zorganizowaliśmy zawody oratoryjnym dzieciakom. Podzieliliśmy je na 3 drużyny. Najprostsze konkurencje typu przebiegnięcie z punktu A do punktu B przez wszystkich zawodników trochę przerastały możliwości dzieci. Mimo wszystko bawiły się świetnie. Przecież tutaj nie gra się po to, żeby wygrywać. Ważne, żeby się razem pobawić. Furorę zrobiły przyśpiewki z naszego przedszkola. W Mansie nam już się trochę nudzą, bo śpiewamy je codziennie, tutaj były absolutnym hitem.

Sobota upłynęła nam na wyprawie do Kasikisi. Trzeba było zawieść kurczaki i jajka na targ, odstawić ciężarówkę do mechanika i zawieść Krzyśka do szpitala na sprawdzenie, czy ma malarię (kiepsko się czuł poprzedniego dnia, ale na szczęście wynik testu był negatywny). Poza tym odwiedziliśmy siostry niebieskie na placówce założonej przez Polki. Teraz we wspólnocie są już same Zambijki,  ale nadal czuć tu polskiego ducha. Placówka jest przepięknie położona na wzniesieniu nad jeziorem. Korzystamy też z okazji i idziemy na plażę. Wszędzie unosi się zapach ryb. Ja i Ilona decydujemy się na kąpiel, choć to najbrudniejsza woda, w jakiej pływałam. Dopiero po wyjściu dowiedziałyśmy się, że są w niej ślimaki, które zagnieżdżają się w skórze, a potem wędrują z krwią po całym ciele. Następnego dnia, jak pochwaliłam się siostrom, że pływałam w Kasikisi, usłyszałam jeszcze: „A wiesz, że tam są krokodyle?” :) Cóż, dzięki Bogu tym razem nie dałam się pożreć.

Zambijska rodzina salezjańska.



Nie miałyśmy zaplanowanego transportu do Mansy. Ks. Czesiek zapewniał nas, że bez problemu znajdziemy autobus, bo jeżdżą. Nikt jednak nie wie, o której godzinie można się ich spodziewać. Trzeba po prostu stanąć przy drodze i czekać. Jak będzie jechał, to będzie.

Droga powrotna z Kasikisi. Siedzimy na metalowej pace. Po godzinie jazdy trudno znaleźć bezbolesną pozycję. Nagle samochód się zatrzymuje. Ks. Czesiek wysiada. Wysiada też kierowca z zatrzymanego samochodu z naprzeciwka. Moses. Dobry przyjaciel tutejszych salezjanów. Pracownik rządowy. Zajmuje się kontrolowaniem pracowników na drogach. Okazuje się, że w poniedziałek ma jechać do Masny. Ksiądz pyta nas, czy chcemy się zabrać. Poniedziałek… trochę późno. Od rana powinnyśmy być w pracy. Kolejna chwila rozmowy. Ok. załatwione, jutro po mszy jedziecie. Anioł stróż czuwa. ;)

Na niedzielną mszą przygotowaliśmy ekipą polskich wolontariuszy 2 polskie piosenki. Wyszliśmy we czwórkę na środek kościoła. Wszyscy śpiewaliśmy, ja grałam na gitarze. Następnego dnia dostałam od Ilony sms: „Dzieciaki o was pytały cały dzień i sto razy musiałam im śpiewać pieśni z kościoła.” Czyli chyba im się podobało. :)