niedziela, 9 września 2012
5.09.2012. Urodziny (nie tylko) przełożonej.
O urodzinach s. Celeste wiedziałyśmy już od kilku dni, więc było trochę czasu, żeby coś przygotować. Dzień wcześniej z dziećmi w oratorium zrobiliśmy laurki z życzeniami i kolorowe kwiatki z papieru. Wieczorem przy świetle świec i latarek stworzyłyśmy z Beti plakat z życzeniami urodzinowymi w języku angielskim, polskim, chi bemba i filipińskim. Plakat ozdobiłyśmy kwiatkami zrobionymi przez maluchy. Dzięki pomysłowości i życzliwości zacnego przyjaciela z Litwy nauczyłyśmy się też urodzinowej piosenki w języku filipińskim.
Rano przywitałyśmy solenizantkę śpiewem, gitarą, plakatem i pakietem kolorowych laurek. Była wzruszona. Szczególnie piosenką zaśpiewaną w jej ojczystym języku.
Po południu siostry zaprosiły nas na „celebrację urodzin”. Poza nami mieli być wszyscy nauczyciele ze szkoły, przedszkola, szkoły krawieckiej (królestwa siostry Zosi) i inni pracownicy placówki. W sumie ponad 20 osób. Tutaj jest zwyczaj, że 3 razy do roku obchodzi się urodziny wszystkich pracowników z określonych miesięcy. I tak z okazji urodzin przełożonej, świętowali razem z nią wszyscy urodzeni od maja do września.
Na początku atmosfera była dość napięta i chciałyśmy się zmyć jak najszybciej. Potem zostałyśmy zaangażowane w pakowanie prezentów (dopiero co przywiezionych w trakcie imprezy przez s. Godlive ze sklepu). Jako, że Beti urodziła się w lipcu i została zaliczona do grona świętujących, mi przypadło w udziale rozdawanie podarków. Tutaj to cały rytuał. Najpierw osoby urodzone w danym miesiącu muszą wstać, zatańczyć na środku i usiąść z powrotem na swoich miejscach. Potem wyznaczone osoby (tym razem ja i s. Marta) tańcząc z prezentami w rękach, zmierzają w stronę solenizantów. Trzeba się jeszcze trochę podroczyć, a dopiero potem oddać upominek. Zabawę należy pomnożyć przez liczbę świętujących miesięcy (tym razem 5). Wszyscy klaszczą, gwiżdżą i maja ubaw nie z tej ziemi. :)
p.s. Jak tylko uda mi się zdobyć zdjęcia z imprezy od s. Godlive, obiecuję kilka wkleić! :)
3-7.09.2012. Pierwsze dni w przedszkolu.
Od poniedziałku zaczęłyśmy pracę w przedszkolu. Zderzenie z
tutejszym systemem edukacji jest dość trudne. Panie nauczycielki są
zainteresowane sobą nawzajem w 90%, a dziećmi w 10%. Maluchy się nudzą,
wygłupiają, co niektóre śpią na ławkach, inne pełzają po podłodze jak
dżdżownice. Kiedy któreś dziecko płacze (co zdarza się tu baaardzo rzadko!), to
pani uspokaja je na zasadzie „nie płacz, bo cię zbiję”. Chyba nie biją, ale na
dzieci to i tak zwykle działa.
Z tego, co zauważyłam, zasada jest tu taka, żeby uczyć życia
na pamięć. Dzieci wiedzą, że jak wchodzimy to trzeba powiedzieć: „Good Morning
teacher! How are you?”. Albo kiedy leci samolot, to wybiegają z klasy, patrzą w
niebo i nie krzyczą „samolot”, tylko: „transport powietrzny!”. Ich dziecięce
mózgi, dzięki ciągłemu powtarzaniu tego samego tematu, kojarzą samolot tylko z
jednym. Maluchy potrafią doskonale policzyć do 20, ale mają ogromne problemy ze
wskazaniem poszczególnych cyferek. Podobnie z kolorami. Pięknie śpiewają
piosenkę o barwach (no bo przecież: „jak nie będziesz śpiewał, to cię zbiję!”),
bez problemu nazywają kolory wskazane przez panią na tablicy, ale na wyrywki
idzie im to już bardzo opornie. Podobne przykłady można by mnożyć bez końca.
Taka metoda nauczania powoduje, że dzieci nie mają w sobie żadnej
„elastyczności”, np. same z siebie w ogóle nie umieją dziękować. Bo ciężko jest
nauczyć się na pamięć sytuacji, w jakich powinno się to zrobić. Cóż… błędy
systemu wczesnej edukacji.
Naszym głównym zajęciem jest póki co rysowanie i wycinanie
różnych pomocy naukowych z kartonu. Zwierzątek, warzyw, owoców, jedzenia
różnego rodzaju. Nie myślcie sobie, że to łatwe i przyjemne zajęcie! Z moim
raczej przeciętnym talentem do takich rzeczy narysowanie małpy czy hipopotama
to już wysoko postawiona poprzeczka. Nie mówiąc już np. o narysowaniu mięsa. :)
| Na moim kolanie Izaak. Największy kochany łobuz przedszkola. | :) |
Poza tym uczymy się dzieci. Imion, których polski język
czasami nawet wymówić nie potrafi, reakcji, zachowań. To niesamowita lekcja!
Wiem już, że np. łiłi, albo pupu, to siku, albo kupa. A hasło: „teacher, open
for me!” może oznaczać zarówno prośbę o otwarcie butelki z piciem, paczki
herbatników lub pojemnika z drugim śniadaniem, jak również prośbę o nalanie
wody do kubka.
Dzieci uczą się też nas. Uczą się przez dotykanie, głaskanie
włosów, macanie, ciąganie za włoski na rękach, śmianie się z pieprzyków na moim
ciele, wdrapywanie się na plecy i kolana, przyklejanie się do nóg, uwieszanie
się na szyi, łapanie za ręce i całą masę innych niekonwencjonalnych zachowań.
4-letni Cimba Cimba zawisł jak zwykle na mojej szyi.
Bełkocze coś mieszanką chi bemba i angielskiego. Nie rozumiem. Tłumaczy mi
jeszcze raz. Wyłapuje tylko „you” i „mummy”. Patrzy na mnie pytająco ogromnymi,
czarnymi, uśmiechniętymi oczami. „Chcesz, żebym była Twoją mamą?! Nie… Nie mogę
być twoją mamą…” Chłopiec robi krótką pauzę, po czym zmienia taktykę: „You be
my friend!” I uśmiecha się szczerze, prezentując uzębienie. Tego z całą
pewnością nie mogę mu odmówić!
Następnego dnia pomagałam nauczycielce wycinać obrazki przy biurku. Cimba Cimba przyszedł, wdrapał mi się na kolana. Trochę pogadaliśmy o obrazkach. Zgadywał co na nich jest. W pewnym momencie wyszeptał mi do ucha „Muszę łiłi”. Ja na to: „Ok. Możesz iść.” Zanim pobiegł, sprzedał mi z zaskoczenia wielkiego, śliniastego buziaka w policzek. On zniknął, ja zostałam na dziecięcym krzesełku ze śliną czterolatka na policzku. Choćby dla tego jednego buziaka warto było tu przyjechać! Tak smakuje szczęście! :)
piątek, 7 września 2012
2.09.2012. Koniec rekolekcji.
Przyjeżdżamy na mszę dobre pół godziny przed czasem. Na
miejscu tłum ludzi. Trudno znaleźć miejsce siedzące. Rozglądamy się chwilę, po
czym idziemy usiąść na ziemi z przodu, przed „ławkami”. Rozkładamy na ziemi
czitengę, siadamy. Po kilku sekundach ktoś nas zaczepia i pokazuje wolne
miejsce na jednej z glinianych ławek. Jeszcze przed chwilą go nie było. Mówimy,
że nie trzeba, że tu nam będzie dobrze. Nie dają za wygraną. W końcu jesteśmy
Muzungu… Nie wypada, żeby Muzungu siedziały na ziemi.
Obserwujemy księdza Mulengę, który spowiada wiernych przy
ołtarzu. W kolejce, a raczej nieokiełznanej nijak kupie, czeka jeszcze ok. 20
osób. Penitenci są obsługiwani szybo. Każda spowiedź nie trwa więcej niż
minutę. Czasu do mszy jednak coraz mniej, a liczba czekających na sakrament
wcale się nie zmniejsza, bo wciąż przychodzą nowi. W pewnym momencie ksiądz
wstaje, woła wszystkich oczekujących, każe im uklęknąć. Parafianie już wiedzą,
co się święci. Z ławek rusza rzesza tych, którzy rzutem na taśmę mają okazję
załapać się na zbiorowe rozgrzeszenie. Pół minuty i po sprawie. Radosna rzesza
wraca do ławek.
Pisałam wcześniej, że Kościół Afrykański musi jeszcze
podrosnąć. Z tego, co do tej pory zdążyłam zaobserwować, szczególnie kuśtyka
jeszcze w dziedzinie sakramentów…
| Walka z "dachem" spadającym na głowy. |
Jedną z większych atrakcji w czasie mszy była walka z
rozpadającą się konstrukcją „dachu”. Wiatr wiał trochę mocniej niż zwykle i
listewki zaczęły się zrywać jedna po drugiej i spadać na ludzi. Jedna spadła
prosto na głowę kobiety. Musiała jechać do kliniki na zszycie krwawiącej rany.
Po południu jeden z liderów zaprosił nas na występy w dużym
oratorium. To taka murowana hala, gdzie na co dzień odbywają się głównie
zajęcia sportowe, a od czasu do czasu także wydarzenia artystyczne i różne
pokazy talentów. Tak jak dziś. Po zapłaceniu wpisowego, każdy mógł wystąpić.
Program w zasadzie dowolny. Większość prezentowała swoje talenty taneczne. Coś
na zasadzie znanego w Polsce „playback show”. Z tym, że u nas takie rzeczy
bawią raczej dzieci z wczesnej podstawówki. Tutaj bawią wszystkich. Nie
zabrakło także pokazów sportowych. Wyobraźcie sobie grupę nastolatków poprzebieranych
w kolorowe afrykańskie łaszki, budujących w rytm muzyki trzypiętrową piramidę z
ludzi. Albo zespół czarnoskórych karateków w białych kimonach, prezentujących
na scenie swoje umiejętności, wydając przy tym okrzyki tak głośne, że aż ciarki
przechodzą!
| Widownia. :) |
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak występ
akrobatyczny grupy chłopców. Zaczęli niepozornie od kilku „fikołków”. Rozwinęli
skrzydła w efektownych saltach. Na koniec pofrunęli w kosmos skacząc przez
obręcze. Płonące obręcze!
| Jedna z Gwiazd wieczoru - Simon. Złoty lider z oratorium! |
![]() |
| Popołudniowe rozrywki afrykańskich chłopców. :) |
poniedziałek, 3 września 2012
1.09.2012. Trochę o duchach.
Parafialne rekolekcje nadal trwają. Przyjeżdżamy codziennie
na mszę do buszu. Podróżujemy z Jezusem. Dosłownie. Kleryk Aiwin trzyma
Najświętszy Sakrament na kolanach, siostra Zosia prowadzi. Skład na tylnym
siedzeniu każdego dnia inny. W drodze powrotnej jest zawsze tłum chętnych na
podwózkę do miasta. Zabieramy na pakę tyle osób, ile da się upchnąć. Droga w
jedną stronę zajmuje ok. 20 min. Trasa w większości piaszczysta, wyboista. Pan
Jezus podskakuje na wertepach, a my razem z nim. Najgorzej mają ci na pace.
Wpasowani jedni w drugich jak elementy układanki. Ci, którzy siedzą przy
szybach, wyglądają jak glonojady, przyklejone do ścian akwarium. Wesołe,
zakurzone tabernakulum na kółkach.
Dzisiaj msza miała się zacząć o 14.00. Jeszcze zanim
wyjechaliśmy z domu, siostra dostała telefon od księdza Mulengi, żebyśmy się
nie spieszyli. Przedłużyła się spowiedź i zaczniemy o 15.00. Kilka minut przed
byliśmy na miejscu. Przygotowań do mszy jednak ani widu ani słychu. Zaczęły się
za to jakieś modlitwy. Na początku nie wiedzieliśmy, co jest grane. Nikt ze
znajomych nie potrafił odpowiedzieć, kiedy zaczniemy mszę. „Po tym, co teraz
jest. Jak się skończy, to zaczniemy.” Idziemy zatem bliżej, zorientować się, co
to jest to „coś”. Przed ołtarzem grupa ludzi. Pomiędzy nimi ksiądz Mulenga. Za
nimi jeszcze więcej ludzi, ukrytych pod plandeką przed słońcem. Trwa modlitwa o
uzdrowienie. Prowadzi ją kilku świeckich charyzmatyków z naszej parafii.
Wtapiamy się z Beti w tłum. Modlitwa się rozkręca i nabiera mocy. Duch Święty
działa jak chce. Niektórzy zaczynają się dziwnie zachowywać. Krzyczą, wiją się,
płaczą. Inni wyciągają nad nimi ręce i modlą się. Staram się włączyć w pieśni
uwielbienia po chi bemba. Nagle kobieta stojąca koło mnie pada na kolana, wymachuje
rękami, krzyczy. Kilka osób podchodzi do niej i zaciąga ją przed ołtarz. Tam
modlą się o uwolnienie jej od złego ducha. Chwytamy za różańce.
Widziałam już w Polsce różne rzeczy, które dzieją się na
modlitwie. Zawsze staram się podchodzić do nich z dystansem. Nie mi oceniać,
ile z tego wszystkiego jest działaniem Boga, a ile ludzkim dorabianiem
spektaklu. Doświadczenie tej modlitwy tutaj jest jednak niezwykłe. Cała parafia
poznaje namacalne działanie Boga i szatana. To nie jest coś dla wybrańców, dla
wspólnot, dla księży, czy dla świętych. Boga Żywego można dotknąć, doświadczyć,
można dać Mu się uzdrowić.
Modlitwa trwa kilka godzin. W trakcie odnajduje nas Patrick.
Odnaleźć dwie białe dziewczyny w tłumie czarnych twarzy nie jest trudno.
Patrick widzi to tak: „Popatrz na niebo. Widzisz słońce? My jesteśmy niebem. Wy
jesteście słońcem. Zawsze łatwo je znaleźć! Albo wyobraź sobie niebo nocą! My
będziemy wtedy gwiazdami, a wy księżycem.”
Rozmawiamy chwilę o tym, co się dzieje na obozie. Patrick
widzi więcej. Jest tu cały czas. Nocuje tutaj. Opowiada nam sytuację, która
zdarzyła się w nocy.
Chłopcy przed pójściem spać rozmawiają o dziewczynach. Jeden
z nich opowiada, że poznał ostatnio jedną. Piękną. Chyba się zakochał…
W nocy obudził wszystkich przeraźliwy krzyk tego chłopaka.
Zwijał się z bólu, po czym wyszedł ze swojego szałasu na zewnątrz. Patrick
znalazł go potem, leżącego na ziemi w kałuży swoich wymiocin. Był wyczerpany.
Nie miał nawet siły powiedzieć, co się stało. Prosił tylko, żeby zabrać go do „łóżka”.
Rano opowiedział swój sen. Przyśniła mu się dziewczyna, o
której opowiadał. Przyszła do niego z talerzem pełnym obrzydliwego surowego
mięsa. Prosiła, żeby je zjadł. Odmówił. Ona dalej prosiła, nalegała. Kiedy
ostatecznie się nie zgodził, uderzyła go w brzuch. Wtedy się obudził, krzycząc
z bólu. Ból był prawdziwy. Podobnie jak wymiociny – koloru surowego mięsa.
Dalej rozmawiamy o różańcach. Patrick nosi swój na palcu.
Innego nie ma. Pytam go – „Dlaczego?” Kiedyś kupił sobie różaniec w lokalnym
sklepie. Poszedł do księdza, żeby go pobłogosławił. Ksiądz odmówił. Powiedział,
że ten różaniec jest niedobry. Kazał go wyrzucić i obiecał dać mu inny
(obietnicy do dzisiaj nie dotrzymał). Pytam dalej –„ Ale… jak to niedobry? Co
to znaczy?” Okazuje się, że tutaj różańce często są produkowane przez
satanistów. „Naelektryzowane” przez demony sprzedawane są zwykle nieświadomym
konsumentom. Człowiek zaczyna się na takim różańcu modlić, a przy okazji
podpisuje niewidzialny kontrakt z szatanem. Na pierwszy rzut oka te różańce są
w porządku, ale jak się przyjrzysz, zobaczysz różnicę. Na krzyżyku, zamiast
postaci Jezusa, namalowana jest bestia.
Kościół afrykański jest zupełnie inny niż ten w Europie.
Dopiero raczkuje. 100-letnia historia Chrześcijaństwa w Afryce to niemowlak w
porównaniu do 2000 lat historii Kościoła w Europie. Nie znajdziesz tu pięknych,
zabytkowych kościołów wykładanych złotem. Nie ma długiej Tradycji i organów.
Niemowlak jeszcze dużo musi się nauczyć, zanim się usamodzielni. Ma w sobie
jednak coś, co przyciąga – niezwykłą świeżość. Świeżość początków
Chrześcijaństwa.
niedziela, 2 września 2012
28.08.2012. Pani Wodzianka.
Dzień jak co dzień w oratorium. Przychodzimy obładowane jak
wielbłądy na pustyni. W jednej ręce siatka z piłkami, w drugiej wiadro z
kubełkami do picia dla dzieci, apteczki i baniaki na wodę. Pod brodą pudełko z
kredkami. Gdy tylko wychodzimy za bramę, gromada dzieci wyłania się zza
okolicznych pagórków, płotów i innych kryjówek i zaczyna biec w naszą stronę.
Każdy wyciąga rękę na powitanie, uśmiechając się przy tym niczym w reklamie
pasty do zębów. Witamy się po chi bemba. „Muli siani?” Odpowiedź jest jedna:
„Bwino!” czyli dobrze. Maluchy uwieszają mi się do rąk i idziemy dalej razem.
Starsi chłopcy zaczynają walkę o piłki. Nie mam już wolnych kończyn, żeby stanąć
w ich obronie. Patrzę tylko bezradnie na siatkę rozszarpywaną na cztery strony
świata.
Dochodzimy do miejsca spotkania. Tam czeka już kolejna grupa
dzieci i kilku liderów. Następuje dalszy ciąg powitań. Jeden maluch (4 może 5
lat) szczerzy się do mnie wyjątkowo obficie. Ściskam mu łapkę, witam uśmiechem
i tradycyjnym zambijskim pozdrowieniem. Chłopiec nie przestaje mi się
przyglądać swoimi wielkimi wesołymi oczami. Uśmiecha się, po czym zaczyna coś
do mnie mówić. Szukam wzrokiem któregoś z liderów, który posłuży mi za
tłumacza. Jest Patrick! „No, mały, teraz powiedz jeszcze raz!” Mały mówi
Patrickowi na ucho. Patrick się śmieje. „No dalej! Co powiedział?!” „Nazwał cię
Panią od wody. Pamięta, że kilka dni temu pomogłaś mu nalać wody do kubka.”
Tego samego dnia mieliśmy w oratorium dzień rysowania. W
mojej grupie św. Dominika rzuciliśmy temat: „Oratorium. Jak sobie wyobrażasz to
miejsce?” Dzieci od razu zabrały się do
pracy. Wiele z nich narysowało kran z wodą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
